czwartek, 23 lutego 2012

Hoi An


Oglądam już nie wiem, który raz zdjęcia z Hoi An i zupełnie nie wiem jak pokazać Wam to piękne i bardzo klimatyczne miasteczko. Żadne zdjęcia nie są w stanie oddać urody i nastroju panującego tutaj. Musicie mi wybaczyć, jeśli oglądając zdjęcia nie zachwyci Was to miasto, ale proszę uwierzcie mi, że to jedno z piękniejszych miejsc w Wietnamie.
Cytując przewodnik: „Zabytkowe miasteczko, wpisane w 1999 roku na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO, to obowiązkowy punkt programu większości wycieczek do Wietnamu. Od XVI do XVIII wieku było ważnym portem i jednym z największych centrów handlowych Azji Południowo-wschodniej. Dziś jest to urocza miejscowość, gdzie doliczono się aż 844 zabytkowych obiektów. W wąskich uliczkach podziwiać można budynki, w których wyraźnie widać wpływy chińskiej i japońskiej architektury. (...)”. Jednak to też nie oddaje klimatu wąskich uliczek pełnych tętniących życiem galerii sztuki, restauracji i sklepów z jedwabną odzieżą, w których można zamówić dowolny model szyty na miarę. Domy są niewielkie, ale o wyjątkowej architekturze, a najbardziej zadziwiające jest, że mimo, iż dwa razy do roku miasto zostaje zatopione przez wezbraną rzekę życie toczy się normalnym rytmem a skutków powodzi nie widać. Może dzięki wąskim uliczkom włóczenie się po nich nie stanowi problemu, jak ma to miejsce w dużych miastach, smaki i zapachy Azji znajdziemy tu na każdym kroku.









Mieliśmy dość czasu na spokojny spacer a nawet na znalezienie miejsca gdzie zamówiłam koszulę w wietnamskim stylu dla Maleństwa. Cała procedura była dość zabawna, bo Wietnamczycy słabiutko mówią po angielsku i do końca nie miałam pewności czy moje prośby zostały właściwie zrozumiane. Zależało mi na czarnej jedwabnej surówce, ale przyniesiono mi belę seledynowej surówki jedwabnej, prosiłam aby koszula nie miała żadnych wyszyć, ale na wzór pokazano mi taką w smoki. Na wszystkie moje uwagi Wietnamka przyjmująca zamówienie uśmiechała się od ucha do ucha i mówiła „Yes” ale zrozumienia w Jej oczach nie było widać za grosz. Zapłaciłam i liczyłam, że następnego dnia do hotelu zostanie dostarczona czarna jedwabna koszula w stylu wietnamskim. Nadzieję miałam jednak małą, ale postanowiłam zaryzykować. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jakie zaskoczenie było rano kiedy okazało się, że wszystko jest w należytym porządku J

A jedwab, z którego można sobie uszyć dowolny strój produkuje się na miejscu metodami co najmniej średniowiecznymi.





sobota, 18 lutego 2012

Podwójnie czekoladowa Panna Cotta

Już kiedyś pisałam, że nie lubię czekolady, ale czasem muszę jakoś dopieścić moich Panów. Zwłaszcza jeśli jednego z Nich uszczęśliwiłam weekendowym malowaniem przedpokoju, na co zupełnie nie miał ochoty J
Bea ogłosiła Czekoladowy Weekend, więc aby dopieścić czekoladożernych facetów i uczestniczyć w akcji postanowiłam zrobić coś bardzo szybkiego i bardzo słodkiego, czekoladowego. Tak powstała podwójnie czekoladowa Panna Cotta, którą podałam z sosem malinowym. Dlaczego podwójnie czekoladowa?
Bo poza rozpuszczoną czekoladą w deserze jest jeszcze słuszna dawka likieru czekoladowego.


Podwójnie czekoladowa Panna Cotta

1 szklanka mleka
2 szklanki kremówki
½ szklanki cukru
8 łyżek likieru czekoladowego
100 g czekolady gorzkiej
3 ½ łyżeczki żelatyny

Mleko, śmietankę i cukier zagotować. Żelatynę namoczyć w łyżce zimnej wody. Kiedy śmietanka z mlekiem się zagotują odlać około ¼ do żelatyny celem jej rozpuszczenia. Do pozostałej mieszanki wrzucić pokruszoną czekoladę. Mieszać aż do całkowitego rozpuszczenia czekolady. Wlać likier czekoladowy i rozpuszczoną żelatynę. Całość dokładnie wymieszać, wlać do przygotowanych foremek i po wystygnięciu wstawić do lodówki na co najmniej 3 godziny. Aby łatwiej wyjąć deser z foremek można je na bardzo krótką chwilę włożyć do mocno ciepłej wody, jednak uważać aby deser się nie rozpuścił.
Podawać z bitą śmietaną lub sosem owocowym (osobiście wolę z dodatkiem wyrazistych i kwaskowych owoców, aby zrównoważyć słodycz deseru).
Smacznego!!!

piątek, 17 lutego 2012

Pho bo – wietnamska potrawa narodowa

Jeśli zapytamy Polaka o naszą potrawę narodową to raczej nie otrzymamy jednej i oczywistej odpowiedzi. Jednak jeśli zapytamy o taką potrawę Wietnamczyków usłyszymy, że jest nią pho, w wersji z wołowiną czyli pho bo, albo w wersji z kurczakiem czyli pho ga. Jedzona jest na śniadanie, jako lunch albo na kolację, nie ma złej pory na jedzenie pho.


Zjeść ją można wszędzie. Na ulicy, w barze, w dobrej restauracji.


 W Sajgonie jedliśmy ją w barze, który podczas swojej prezydentury odwiedził Bill Clinton i też raczył się smakiem pysznej zupy.


Polubiłam tę zupę od pierwszych pałeczek J Tak, zupę je się pałeczkami oczywiście z pomocą łyżeczki. Dzień zaczynałam tak jak Wietnamczycy od miseczki pysznej, aromatycznej i w moim wypadku bardzo ostrej zupy. To kolejny powód, dla którego mogłabym pomieszkać dłużej w tym kraju.


Pho bo


Bulion:
½ kg wołowiny plus kości wołowe
2 szalotki
5 cm świeżego imbiru
2 gwiazdki anyżu
kawałek cynamonu
1 łyżeczka tłuczonego pieprzu
2 ½ l wody
sól

Dodatki:
300 g suchego makaronu ryżowego
sos rybny i ewentualnie sos sojowy
pokrojone gotowane lub smażone mięso wołowe
2 średnie cebule cienko pokrojone
pęczek dymki
kiełki fasoli
2 lub 3 cieniutko pokrojone papryczki chilli
pęczek koledndry
pęczek tajskiej bazylii
pęczek mięty
limonka pokrojona w cząstki
dip z sosu rybnego: posiekane 2 lub 3 papryczki chilli, 3 zmiażdżone ząbki czosnku, ¼ szklanki cukru, 1 łyżka octu ryżowego, 3 łyżki sosu rybnego, ½ szklanki wody, ½ łyżeczki soli

Składniki bulionu gotować przez wiele godzin, im dłużej tym lepiej (ja gotowałam go przez około 6 godzin). Podczas gotowania cały czas uzupełniać wodę.
Z podanych składników przygotować dip z sosu rybnego, zioła umyć (z braku dostępności tajskiej bazylii wykorzystałam zwykłą bazylię, ale w zdecydowanie mniejszej ilości), posiekać dymkę, a kiełki fasoli zblanszować (nie udało mi się kupić kiełków fasoli, dlatego wykorzystałam surowe kiełki brokuła). Makaron ryżowy zalać gorącą wodą i pozostawić pod przykryciem 2-5 minut w zależności od grubości makaronu, następnie odcedzić.
Do miseczek nakładać porcję makaronu, pokrojone na cienkie plasterki mięso i garstkę dymki. Wietnamczycy wlewają do miseczki trochę bulionu w celu zagrzania makaronu i mięsa, a następnie przytrzymując zawartość miseczki chochelką wylewamy bulion ponownie do garnka z gotującą się zupą. Następnie wlewamy taką ilość płynu jaką chcemy zjeść.  Wyciskamy do miseczki cząstkę limonki, doprawiamy dipem i sosem rybnym i ewentualnie sosem sojowym. Dodatki podajemy osobno i każdy nakłada i dokłada sobie to co lubi w dowolnej ilości.
Smacznego!!!


Dodając sobie chilli należy uważać, aby nie przesadzić z ilością tej piekielnie ostrej przyprawy. Jeśli papryczkę kroimy z pesteczkami (tak podawana jest w Wietnamie) trzeba pamiętać, że jest dużo ostrzejsza od tej pozbawionej pestek. Ja na ogół poprzestawałam na 3-4 miniaturowych plasterkach a zupa była naprawdę ostra.

O kuchni wietnamskiej i o tym co jadaliśmy jeszcze napiszę, bo jedzenie wyjątkowo nam smakowało.

czwartek, 16 lutego 2012

Pączki parzone - udany test nowego przepisu

Pączki jadam raz do roku i tylko te usmażone w domu. Do tej pory zawsze robiłam z TEGO przepisu, ale nadeszła pora poeksperymentować. W książce kucharskiej z lat siedemdziesiątych znalazłam przepis, który wpadł mi w oko. A oto efekt mojego działania.


Niestety konfitura z róży była bardzo mokra i negatywnie wpłynęło to na klejenie pączków i ich kształt po usmażeniu, ale smak i konsystencja gotowych pączków fantastyczny. Przepis wchodzi na stałe do mojego repertuaru, są bardzo delikatne i puszyste.


Pączki parzone


½ kg mąki
10 dag cukru
10 dag masła
6 żółtek
¼ l mleka
3 dag świeżych drożdży
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
konfitura

cukier puder do posypania pączków

¼ szklanki mąki zaparzyć 1/8 l wrzącego mleka i rozrobić mocno, aby nie porobiły się grudki. Drożdże rozpuścić w pozostałej ilości mleka i wlać do ostudzonego zaparzonego ciasta. Pozostawić rozczyn w ciepłym miejscu na pół godziny. Żółtka utrzeć z cukrem na puch, dodać ekstrakt waniliowy i wlać do rozczynu, oraz dosypać resztę mąki, wlać roztopione masło i wyrobić gładkie ciasto. Pozostawić w ciepłym miejscu do wyrośnięcia. Gdy ciasto wyrośnie, wyłożyć na podsypany mąką blat, delikatnie rozwałkować, wykrawać krążki, uformować pączki nadziane konfiturą. Pozostawić przykryte ściereczką do wyrośnięcia. Następnie smażyć je na rozgrzanym smalcu na wolnym ogniu do zrumienienia. Wyjęte pączki osuszać na papierowym ręczniku, a wystudzone obtoczyć w cukrze pudrze, albo polukrować (jakie kto lubi pączki).
Smacznego!!!


wtorek, 14 lutego 2012

Pan Hoggarty – proste i pyszne ciasto ziemniaczano-serowe

Miałam w lodówce nadmiar sera cheddar i musiałam szybko go wykorzystać. Postanowiłam upiec zapiekankę z ziemniaków, cebuli i sera. W Wielkiej Brytanii wykorzystuje się do niej właśnie dojrzałego cheddara i nazywa Pan Hoggarty, we Francji używa się sera Tomme lub Cantal, a zapiekanka nazywa się Truffade. Wersja francuska bywa wzbogacana boczkiem i czosnkiem, ja jednak pozostałam przy wersji brytyjskiej.


Pan Hoggarty – ciasto zimniaczano-serowe


650 g ziemniaków, umytych, obranych i pokrojonych na cieniutkie plasterki
1 duża cebula, obrana i pokrojona na cieniutkie plasterki
1 ¼ szklanki utartego sera cheddar
świeżo mielona gałka muszkatołowa
sól, pieprz
oliwa

Rozgrzać piekarnik do 190 stopni. Płaskie naczynie żaroodporne wysmarować oliwą, wyłożyć cienką warstwą plasterki ziemniaków. Ziemniaki posolić, popieprzyć, posypać gałką muszkatołową. Posmarować oliwą (najlepiej zrobić to pędzlem kuchennym). Na ziemniakach ułożyć krążki cebuli, a na nie wysypać równą warstwą  ser. Naczynie wstawić do wygrzanego piekarnika i piec przez około 45 minut, wierzch powinien ładnie się zrumienić.

Smacznego!!!

Zakazane Miasto w Hue





Kiedy mówi się o Zakazanym Mieście każdy od razu myśli o Pekinie, ale na wzór tego chińskiego pałacu cesarskiego powstało Zakazane Miasto w Hue. Cesarz Gia Long wzniósł tutaj Zakazane Miasto, które miało pełnić rolę jego prywatnej rezydencji w czasie gdy Hue było stolicą Wietnamu. Dziś cały kompleks pałacowy zaczyna być znów przywracany do dawnej świetności, jednak potrzebne środki na konserwację tego wspaniałego zabytku są tak ogromne, że nie widać końca prac remontowych.
Nie widziałam pierwowzoru, ale wiem, że to w Wietnamie jest tylko miniaturą tamtego obiektu. Mimo to warto odwiedzić Hue, zwłaszcza, że nie jest to jedyne interesujące miejsce w dawnej stolicy. A jeśli posłuchamy podczas zwiedzania wspaniałych opowieści o życiu w Zakazanym Mieście, od razu cieszymy się, że nikt nie każe nam być jedną z wybranek Cesarza ;)










niedziela, 12 lutego 2012

Karnawał wielkimi krokami zbliża się do końca – pora na faworki i róże


Moja Mama nie była najlepszą kucharką (wspominałam już o tym) ale nigdy chyba nie uda mi się osiągnąć takiej kruchości faworków, jaką Ona osiągała. Smażę je z tego samego przepisu, postępuję tak samo jak Ona (wielokrotnie smażyłyśmy faworki razem) a jednak moje są inne, zdecydowanie mniej kruche, choć jedzący je twierdzą, że są kruchuteńkie jak trzeba. Czyli moje są bardzo dobre, a mojej Mamy były fenomenalne.



Faworki


40 dag przesianej mąki
6 żółtek
6-8 łyżek gęstej śmietany
2 łyżki spirytusu
szczypta soli

4 kostki smalcu do smażenia

Z podanych składników zagnieść elastyczne ciasto o konsystencji ciasta na makaron. Kiedy jest już bardzo dobrze wyrobione bić je wałkiem przez dobre 10 – 15 minut. Następnie wałkować najcieniej jak można, wycinać radełkiem wstążki, w których na środku robimy rozcięcie. Przeplatać ciasto przez rozcięcie i smażyć w rozgrzanym tłuszczu z obu stron na złoty kolor. Usmażone faworki studzić na papierowym ręczniku, a kiedy wystygną posypywać obficie cukrem pudrem z dodatkiem wanilii.
Smacznego!!!!



Róże karnawałowe robi się z tego samego ciasta. Wycina się dwa kółka, o różnej średnicy. Nacina na brzegach i składa ze sobą dobrze dociskając palcem środek, aby połączyć krążki. Smażyć jak faworki, a po wystudzeniu i posypaniu cukrem udekorować konfiturą. U mnie jest to konfitura z róży i dodatkowo konfitura z wiśni.