poniedziałek, 3 marca 2014

Angkor cz.1



Bardzo proszę się nie przerażać, będą tylko dwie, najwyżej trzy J części poświęcone temu okresowi w historii Kambodży i świątyniom, które z tego okresu ocalały w dżungli. Zbyt wiele jest do pokazania aby wszystko zamieścić w jednym poście.

Po przylocie do Phnom Penh załatwiliśmy bilety na speed boat do Siem Reap na dzień następny, padliśmy na pysk po dobie w podróży i śniliśmy o tym co zobaczymy w Angkorze.
Wybór łodzi zamiast autobusu był dobrym wyborem. Świat od strony wody wygląda inaczej i można spojrzeć na inny rodzaj życia – wioski na wodzie (ich mieszkańcy czasem miesiącami lub latami nie schodzą na ląd, choć niekoniecznie w przypadku wiosek na rzece).






W Siem Reap zamieszkaliśmy w cudownym hotelu, gdzie każdy gość czuje się wyjątkowo dopieszczony. Mieliśmy dzięki temu dokąd z przyjemnością wracać po trudach wędrówek po kolejnych i kolejnych i jeszcze kolejnych świątyniach J
Zwiedzanie zajęło nam 3 dni i gdyby nie napięty plan to spokojnie moglibyśmy spędzić jeszcze kilka na szwendaniu się po pozostałościach Imperium Angkoru.
Ale zanim napiszę co podobało się bardzo, co mniej dosłownie kilka informacji o samym Angkorze .

Angkor czyli Imperium Angkoru to nazwa państwa Khmerów istniejącego od 802 do 1432 roku. Jak spróbujemy sobie przypomnieć co w tym czasie działo się u nas zrozumiemy bardzo szybko, że nasza państwowość i rozwój były w powijakach w porównaniu z ówczesną Kambodżą. Teren na którym rozsiane są pozostałości miast i świątyń ma powierzchnię ponad 400 km2.
Cytując Jacka Pałkiewicza „Pełny przepychu, tętniący życiem Angkor przewyższał rozmiarami ówczesny Rzym i liczył około miliona mieszkańców, podczas gdy w Paryżu mieszkało 250 tysięcy, w Krakowie zaś niespełna 20 tysięcy mieszkańców”
Początkowo świątynie i miasta budowane były z suszonej w słońcu cegły, niestety materiał ten nie jest zbyt trwały. Spowodowało to, że najstarsze ruiny są w najgorszym stanie, ale i tak wzbudzają podziw.
Późniejszym budulcem był kamień. Jednak czego nie zrobił wiatr i woda dokonał zielony żywioł – dżungla. na każdym kroku widać jej niszczycielką działalność.
Kiedy Imperium upadło pozostałości Angkoru popadły w zapomnienie. Dopiero druga połowa XIX wieku przyniosła odkrycie tych skarbów. Wielkim szczęściem było to, że mimo przeróżnej niszczycielskiej działalności Czerwonych Khmerów oszczędzili zagubione w dżungli świątynie i miasta.
To tyle zanudzania historią i szczątkami faktów, pora na moje wrażenia – uprzedzałam, że będzie subiektywnie do bólu.





Zwiedzanie rozpoczęliśmy sztampowo, nie zgodnie z chronologią a od Angkor Wat (z początku XII w.). Moje nastawienie było mocno sceptyczne. Bałam się, że akurat to miejsce jest mocno przereklamowane i zadeptane przez dzikie tłumy, a tłumy to coś czego absolutnie nie trawię.
Oczywiście z góry założyliśmy, że nie zamierzamy w tłumie czekać na wschód słońca i focić cudownych widoków. Moja zła natura działa w takich chwilach z siła buldożera.
Jakże miłe było zaskoczenie, kiedy dotarliśmy na miejsce. Potęga tego miejsca faktycznie robi ogromne wrażenie (ok. 203 ha powierzchni), ludzi dużo, ale zwiedzanie mimo wszystko komfortowe. Nikt nikomu po piętach nie depcze, a odrobina cierpliwości (ja jej nie mam) pozwalała na robienie zdjęć bez ludzi. Spędziliśmy tam kilka godzin włócząc się po terenie świątyni – mieście po swojemu. To coś wspaniałego, kiedy nie ma wytyczonych ścieżek wędrówki, nie ma określonego kierunku zwiedzania a odwiedzający mogą delektować się widokami w swoim tempie (no może poza schodami).









Z Angkor Wat ruszamy naszym tuk tukiem dalej, do Angkor Thom ze świątynią uchodzącą za najpiękniejszą czyli Bajon. 


Ale o tym czy dla nas była to najpiękniejsza świątynia napiszę następnym razem. 

niedziela, 2 marca 2014

Kambodża – kreowanie rzeczywistości


Podobno istnieje khmerskie powiedzenie „Gdy wyruszysz do Angkoru, nie wrócisz sobą” (cytat z książki J. Pałkiewicza). Ja wróciłam inna, bogatsza o kolejne doświadczenia, po kolejnej lekcji pokory.

Kreowanie rzeczywistości?
Nie, żeby Khmerzy kreowali rzeczywistość, to ja pisząc swoją relację z podróży będę kreowała wizję Kambodży jaka utworzyła się w moje głowie.
Nie potrafię i nie chcę zamieszczać postów, które uzurpowałyby sobie prawo do obiektywnej oceny tego kraju. Moja relacja ma być subiektywna, płynąca z mojego serca, taka aby oddawała to co czuję myśląc o minionych dwóch tygodniach i o tym czego tam doświadczyliśmy. Pokażę zdjęcia takie, które pokazują moje widzenie Azji, nie zamierzam ani ich cenzurować, ani upiększać. To będzie wyłącznie moja kreacja kambodżańskiej rzeczywistości.
Ze wspomnianej książki Jacka Pałkiewicza „Angkor” pochodzi cytat, który chyba powinnam zamieścić sobie jako motto:
„Podróżować, to znaczy odkrywać nowe krajobrazy, poznawać ludzi, doświadczać bogactwa nowych realiów i na miarę możliwości nowych wartości przydatnych w naszym życiu. Podróże uświadamiają nam, że istnieje na świecie rzeczywistość rozleglejsza od tej, która nas otacza”

Ja dodałabym od siebie, że uczy nas pokory do świata i innej rzeczywistości, oraz powinna oduczać oceniania jako podstawowej formy poznawania.





Zastanawiając się jak zacząć doszłam do wniosku, że o moich reakcjach na dane miejsce decydują ludzie, którzy te miejsca tworzą. Tak było na Cabo Verde, gdzie piękno mieszkańców, ich trud codziennego życia wywarły na mnie największe wrażenie, czułam szacunek do Nich, tak jest w Niemczech, gdzie mimo wielu wspaniałych miejsc do zwiedzania nie czuję się najlepiej, w przeciwieństwie do Francji, gdzie czuję się jak u siebie.
W Kambodży czułam się wspaniale.
Khmerzy są młodymi (średnia wieku społeczeństwa to 22 lata) uśmiechniętymi i emanującymi dobrymi emocjami ludźmi. Ludźmi otwartymi i bardzo życzliwymi. Czułam się nie tylko dobrze, ale i bezpiecznie, mimo licznych ostrzeżeń, że trzeba pilnować swoich rzeczy bo często dochodzi do kradzieży, ale tak jest przecież wszędzie. Ja najwięcej kradzieży doświadczyłam we Włoszech (3 razy zostaliśmy tam okradzeni, a właściwie mój Tato został okradziony) raz w Hiszpanii. Trzeba się z tym liczyć i starać nie kusić losu. Tu nic złego nas nie spotkało i nawet chodzenie po zmroku poza utartymi turystycznymi szlakami nie wywoływało w nas lęku.





Kiedy czytałam o Kambodży dotarło do mnie jak często myślimy stereotypami. Skoro jest to teraz tak słabo rozwinięty kraj to pewnie i w zamierzchłych czasach taki był. A historia wyraźnie pokazuje, że kiedy My jako państwo jeszcze nie istnieliśmy Khmerzy byli wysoko rozwiniętym społeczeństwem, potężnym w swoim rejonie świata.
Niestety los nie był dla Nich łaskawy. Najpierw wojny z sąsiadami, którzy systematycznie napadali na Nich i podbijali (obecna Tajlandia i Wietnam), potem przyszły czasy kolonialne i przejęcie przez Francję. Kiedy wydawałoby się, że mogą znów stać się potęgą w tym rejonie świata „zafundowali” sobie najpierw rządy Lon Nola a potem 4 lata eksterminacji i kaźni zgotowanej przez Pol Pota i Czerwonych Khmerów. Osobiście nie potrafię jedynie ocenić ich króla Sihanouka, czy był w ich historii postacią pozytywną czy negatywną. Dla mnie jednak raczej negatywną, ale Oni bardzo Go cenią, czyli moje poznanie historii Kambodży jest jednak bardzo powierzchowne i proszę nie traktować moich wypowiedzi jako pewnych naukowo.
Dziś kraj wyraźnie się odradza, nie rozdrapuje ran a patrzy w przyszłość, która mam nadzieję będzie już tylko lepsza. Zasługują na to.
I nawet jeśli ktoś powie – Kambodża to miejsce gdzie panuje bieda, brud i smród, ma trochę racji, ale ja poza tym widzę jak Ci ludzie ciężko pracuję aby poprawić byt swój i swoich dzieci. W ich oczach nie ma beznadziei, jest za to optymizm i patrzenie w przyszłość. Nie ma trwania, jest działanie.
Czyż u nas nie walają się sterty śmieci wyrzucone do lasu czy przydrożnego rowu? Czy u nas ludzie nie cierpią biedy?
















Jedyne co jest dla mnie bardzo trudne w podróżach do krajów tak odmiennych kulturowo, to stosunek do zwierząt. Kiedy patrzę na zabiedzone psy czy koty (tych w Kambodży spotkałam bardzo niewiele i niemal wszystkie miały uszkodzony ogonek) włącza mi się sygnał alarmowy w moim sercu i głowie. Kiedy widziałam setki malutkich ptaszków zamkniętych w niewielkich klatkach dla uciechy turystów, którzy mogą wykupić wolność dla nich (ptaszki są szkolone i po jakimś czasie same wracają do klatki) serce mnie bolało. Musiałam nauczyć się wyłączać w takich sytuacjach myślenie, serca się nie da, bo bez tego nie byłabym w stanie podróżować i poznawać nowych miejsc.
Macie ochotę na więcej??? Na konkrety i oczywiście na Angkor???? 

sobota, 15 lutego 2014

Do zobaczenia za dwa tygodnie :)

2 dni do mojego zimowego lata


Za mniej więcej 3 godziny wsiadamy do samochodu i wyruszamy na nasze zimowe wakacje. Dziś tylko musimy dostać się do Pragi, po to aby jutro wsiąść do samolotu i wyruszyć dalej. Najpierw do Helsinek, potem do Bangkoku aby w końcu w poniedziałek po południu znaleźć się we Phnom Penh. 
Tym razem nie korzystamy z żadnego biura podróży tylko sami organizujemy sobie wszystko. Podział ról w naszym stadle jest ściśle określony. W. zajmuje się całą stroną logistyczno - organizacyjną, ja będę kaowcem (dla młodego pokolenia wyjaśnienie: kaowiec czyli Kulturalno - Oświatowy, był najważniejszą osobą na wczasach pracowniczych bo odpowiadał za rozrywkę). Przeczytałam wszystko co się dało aby jak najlepiej przygotować się do mojej roli, W. nad stroną organizacyjną pracował już od ponad pół roku. 
Plan jest bardzo napięty, a do zobaczenia bardzo dużo. Mało tego plan zakłada, że nawet odpoczniemy na plaży, co prawda tylko dwa dni, ale dobre i to. 
Ogarniam jeszcze dom, Koty i wszystko co się da aby świat nie zawalił się podczas naszej nieobecności i ciągle nie mogę uwierzyć, że to już tak niedługo czeka nas kolejna przygoda i kolejne spotkanie z Azją. Nie mogę się doczekać jedzenia na ulicach, pachnących i świeżych owoców i nawet na te wściekłe upały (prognoza mówi, że temperatura w dzień będzie stała - rzędu 35 - 36 stopni) i obiecałam sobie i W. że nie będę marudziła, że gorąco, że nie mam siły bo upał.
Ale najbardziej się cieszę i z największą niecierpliwością czekam wrażeń ze zwiedzania Angkoru. Tak wiele czytałam na ten temat, tak pięknie opowiadał o tym Jacek Pałkiewicz (byłam na spotkaniu z Nim) że oczekuję fajerwerków, mając w pamięci, że coraz bardziej jest to miejsce zadeptywane przez rzesze turystów. Ale i tak jestem pewna, że świątynie pokazujące bogactwo i potęgę Khmerów zrobią na nas wrażenie, a fakt że przyroda pokazuje tutaj, że jest potęgą nieujarzmioną zachwyci nas bez reszty ;) Ale to moje pobożne życzenia, rzeczywistość ogarniemy za 2 dni.
Na zachętę zajrzenia do mnie za dwa tygodnie wklejam zdjęcie skopiowane z internetu, ze strony www.hittheroadtours.com 



Tak dżungla rozprawia się z tym co wybudował człowiek - i kto tu jest górą????

Do zobaczenia za dwa tygodnie!!!!

poniedziałek, 10 lutego 2014

Zupa krem z topinamburu – ZnP*


Topinambur (zwany też słonecznikiem bulwiastym – nie wiem czy ze względu na konsystencje korzenia i lekki posmaczek?) – nowość coraz częściej spotykana w naszych sklepach czy na bazarach ze zdrową żywnością.
A może to powrót starego jak świat składnika naszej rodzimej kuchni?
Nie wiem, ja nigdy wcześniej nie znałam ani nie słyszałam o tym warzywie. Jednak, co byłby ze mnie za miłośnik jedzenia, gdybym nie była otwarta na nowości? Tym sposobem zakupiłam solidną porcję tych dziwnie wyglądających korzeni, umęczyłam się obierając je i ugotowałam z nich zupę krem. Agnieszka K. prosiła o krem z białychwarzyw, więc spełniam tę prośbę.



Jakie są moje wrażenia?

Obieranie jest paskudne ( a ja leniwa przecież jestem).
Na surowo chrupiące ale bez wyraźnego smaku, no może smak jest lekko orzechowy???
Podsmażone na maśle nadal lekko chrupie.
Ugotowane w zupie nadal nie ma specyficznego smaku i aromatu.
Zmiksowane nie jest gładkie, trzeba przetrzeć.

Podsumowując:
Warto spróbować, wyrobić sobie własne zdanie.
Niezłe, ale nie powalające.
Mogę wyobrazić sobie dalsze życie bez obierania tego warzywa i bez jego konsumpcji.

No to teraz już konkrety.



Krem z topinamburu


800 g topinamburu
1 cebula
2 ziemniaki
2 łyżki masła
1 l bulionu
½ szklanki mleka/ słodkiej śmietanki
sól, pieprz, świeżo utarta gałka muszkatołowa

Umyć, obrać i pokroić topinambur. Obraną cebulę posiekać w kosteczkę. Ziemniaki obrać i pokroić w kostkę.
Na patelni rozpuścić masło, wrzucić pokrojone warzywa i dusić przez około 5 minut często mieszając. Kiedy warzywa zmiękną wrzucić je do garnka, zalać bulionem i gotować na małym ogniu do miękkości składników. Wlać mleko/ śmietankę, całość pogotować jeszcze przez kilka minut. Zupę lekko przestudzić, zmiksować a następnie przetrzeć przez sito, aby uzyskać gładką konsystencję. Całość doprawić solą, pieprzem i świeżo zmieloną gałką muszkatołową.
Podawać z grzankami.
Smacznego!!!





Mam jeszcze przygotowany wpis z jedną zupą, a właściwie z daniem jednogarnkowym - zupą gulaszową, ale pojawi się tutaj dopiero po naszym powrocie :)

niedziela, 9 lutego 2014

Pide – turecki specjał na Dzień Pizzy


8 dni do mojego zimowego lata

I jak tu zadbać o ładne zdjęcia potrawy na bloga jak dwa sępy stoją nad głową i niemal siłą wyrywają kawałki ciasta wyjętego z pieca?????
No jak to zrobić???????
Nie da się, dlatego zdjęcia są jakie są, ale fakt, że domownicy niemal bili się o każdy kawałeczek pide świadczy o tym jak bardzo nam smakowała ta turecka pizza, bo tak można nazwać to danie.



Pide – turecka pizza


ciasto:
3 szklanki mąki
42 g świeżych drożdży
1 ½ szklanki letniej wody
3 łyżki oliwy z oliwek
1 ½ łyżeczki soli
2 łyżeczki cukru

farsz:
500 g mielonej jagnięciny/wołowiny (u mnie wołowina)
2 cebule
2 ząbki czosnku
3 świeże pomidory/ ½ puszki pomidorów krojonych
½ świeżej papryki
2 łyżeczki pasty paprykowej
1 łyżeczka słodkiej papryki
½ łyżeczki chilli w płatkach
2 łyżki oliwy
pęczek natki pietruszki/mięty
sól, pieprz

oliwa do smarowania pide

Przygotowanie rozpoczynamy od ciasta. Do miski wsypać mąkę, w środku zrobić dołek, do niego wkruszyć drożdże, posypać cukrem polać odrobiną wody i lekko zamieszać z mąką, która się zabierze. Pozostawić na kilka minut aż drożdże się ruszą. Potem dodać pozostałe składniki i wyrobić elastyczne ciasto dobrze odchodzące od ręki. Przykryć miskę i pozostawić w ciepłym miejscu, aż ciasto podwoi swoją objętość.
W tym czasie przygotować farsz.
Do miski włożyć mielone mięso, utartą na drobnych oczkach cebulę, przeciśnięty przez praskę czosnek, pokrojoną w kostkę paprykę, posiekaną natkę i przyprawy oraz oliwę. Całość wymieszać i ostatecznie doprawić.
Wyrośnięte ciasto wyjąć na omączony blat, podzielić na kulki wielkości małej pomarańczy. Każdą kulkę ciasta osobno wałkować na bardzo cienkie placki o kształcie mocno owalnym. Na cieście rozsmarować farsz pozostawiając czysty 1 cm brzegu. Pozaginać brzeg ciasta przez co powstanie coś na kształt łódki ale bez wysokich brzegów. Zagięte ciasto posmarować oliwą i wstawiać do pieca rozgrzanego do 200 stopni (najlepiej jeśli mamy kamień do pieczenia pizzy i nagrzejemy go wcześniej do tej temperatury) na około 15 - 17 minut do zrumienienia ciasta.
Upieczone pide pokroić na kawałki i podawać gorące.

Smacznego!!!







Pide jedliśmy wczoraj. Dzisiaj obiad zjemy w restauracji, bo musimy uczcić sukces naszego Maleństwa, które w tym tygodniu stało się Inżynierem :) 
Tym sposobem w naszym domu jedynie Filonka i Bunia takiego tytułu nie posiadają ;)

Przepis dołączam do akcji "Na zakwasie i na drożdżach"


środa, 5 lutego 2014

Śniadaniowe ślimaczki z rodzynkami

12 dni do mojego lata 

Śniadanie musi być konkretne. Jajecznica, jajka na miękko to moja ulubiona klasyka. Pasty do chleba czy domowa wędlina to też coś co lubię w zestawie śniadaniowym.
Skąd zatem pomysł na te bułeczki?
One nie są mocno słodkie, raczej lekko słodkawe. Cudownie smakowały na zakończenie śniadania z łyżeczką domowego dżemu i szklanką zimnego mleka wyjętego prosto z lodówki.
Upiekłam je wieczorem, aby czekały na nas z samego rana. Można też zarobić ciasto wieczorem, wstawić do lodówki na noc a rano wyjąć wyrośnięte ciasto, ogrzać je, uformować bułeczki, dać im wyrosnąć i upiec tuż przed jedzeniem.



Ślimaczk z rodzynkami



2 ½ szklanki mąki
½ szklanki ciepłego mleka
1 łyżeczka cukru
20 g świeżych drożdży
2 jajka
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
3 łyżki miodu
90 g masła
50 g rodzynek

roztrzepane jajko do posmarowania
cukier puder do posypania

Drożdże rozetrzeć z cukrem, dodać odrobinę ciepłego mleka i pozostawić aż drożdże ruszą.
Do misy wsypać mąkę, dodać zaczyn drożdżowy, miód (płynny), jajka oraz resztę mleka i ekstrakt waniliowy. Wyrobić ciasto, na koniec dodać roztopione masło następnie wyrabiać przez około 10 minut (ręcznie) albo 7 minut (maszynowo). Ciasto jest dosyć luźne, ale gdyby było zbyt luźne skorygować to dodatkiem mąki. Pod koniec wyrabiania dodać rodzynki uprzednio sparzone i odsączone.
Ciasto przykryć ściereczką, pozostawić w ciepłym miejscu do wyrośnięcia.
Kiedy ciasto podwoi swoją objętość wyłożyć na omączony blat. Rozwałkować prostokąt o grubości  1- 1 ½ centymetra. Ciasto pociąć (korzystałam z obrotowego nożna do pizzy) na paski o szerokości około 2 centymetrów (mnie wyszło 12 pasków). Począwszy od jednego końca paska zwijać je w kształt ślimaka. Końcówkę ciasta lekko podwinąć pod całą bułeczkę. Przygotowane bułeczki układać na blaszce i pozostawić do wyrośnięcia.
Piekarnik rozgrzać do 180 stopni.
Wyrośnięte bułeczki posmarować roztrzepanym jajkiem wymieszanym z łyżką mleka. Wstawić do piekarnika i piec przez około 20 – 25 minut do zrumienia bułeczek.
Wystudzone bułeczki posypać cukrem pudrem.

Smacznego!!! 



Rodzynki mi się pochowały i na zdjęciach ich nie widać, ale to ważny składnik tych bułeczek.

Bułeczki dodaję do akcji "Na zakwasie i na drożdżach"


poniedziałek, 3 lutego 2014

Drożdżowe róże z serem i migdałami

14 dni do mojego zimowego lata 

Nie będzie dzisiaj zupy. Poniedziałek poniedziałkiem, ale rutyna nie jest do końca mile widziana.

Prace ręczne a zwłaszcza te wymagające precyzji nie są moją mocną stroną, ale dla mnie liczy się zabawa. Mimo, że moje róże dalekie są od ideału to lepiąc je bawiłam się świetnie, a smak ich był wspaniały. Nawet ja, która bułki drożdżowe z serem umieszczam na końcu listy rankingowej uznałam, że są pyszne i warto się wysilić.


Drożdżowe róże z serem i migdałami


Ciasto:
500 g maki
100 g cukru (z tego 1 łyżka pójdzie do zaczynu)
3 żółtka
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
180 ml ciepłego mleka
20 g świeżych lub 7 g suchych drożdży
szczypta soli
100 g rozpuszczonego masła
otarta skorka z 1 cytryny

na nadzienie:
300 g sera/ricotty
100 g cukru
1 jajko, rozbełtane (do nadzienia dodać tylko troszeczkę, tak około 1 łyżeczki - reszta do posmarowania bułeczek)
75 g zmielonych migdałów (albo rodzynek jak ktoś woli)
otarta skorka z 1 pomarańczy
1 łyżeczka wody z kwiatu pomarańczy (opcjonalnie)

1 łyżka płatków migdałowych do posypania
cukier puder, do posypania

Świeże drożdże rozgnieść i wymieszać z łyżka cukru. Mleko lekko podgrzać, masło rozpuścić i lekko schłodzić, żółtka rozetrzeć z reszta cukru, wanilia i sola, mąkę zmieszać z otarta skorka cytrynowa.
Do mąki dodać zaczyn, żółtka i mleko i wmieszać, jak powstanie w miarę zwarte ciasto wlać rozpuszczone masło i wyrabiać ciasto około 15 minut ręcznie lub 7-8 minut mikserem. Wyrobione ciasto posmarować olejem i zostawić przykryte do wyrośnięcia w ciepłym miejscu aż podwoi swoja objętość.

W tym czasie przygotować nadzienie:
W misce wymieszać ser, startą skórkę pomarańczową, zmielone migdały, 100 g cukru, wodę z kwiatu pomarańczy i wanilie. Jajko roztrzepać widelcem, dodać troszkę - 1 łyżeczkę lub tyle, aby nadzienie miało właściwą konsystencję (resztę jajka zużyjemy do posmarowania bułeczek).

Wyrośnięte ciasto podzielić na 12 części. Każdą część spłaszczyć dłonią (lub wałkiem) na dysk o średnicy 15-16 cm, brzegi powinny być równe i gładkie. Naciąć na krzyż (4 części) bez przecinania środka. Na środek nakładać nadzienie (kulka wielkości orzecha włoskiego). Jedną częścią przykryć (nie do końca) nadzienie, tworząc pierwszy płatek  :) 
Kontynuować z pozostałymi płatkami - ważne aby robić to w jednym kierunku - NIE krzyżować płatków!

Układać bułeczki na blasze, przykryć lekko wilgotną ściereczką i zostawić do wyrośnięcia na ½  godziny.
W tym czasie rozgrzać piekarnik do 190 stopni. Posmarować wyrośnięte bułeczki resztą jajka zmieszanego z 1-2 łyżeczkami wody, posypać płatkami migdałowymi. Piec około 20-25 minut, aż będą rumiane.
Wystudzić i posypać cukrem pudrem.
Smacznego!!!




Przepis dodaję do akcji Wisły "Na zakwasie i na drożdżach"

 Ostatnia niedziela kijowa nie była, ale wycieczkowa tak. Nie będę was zanudzać całą naszą wycieczką, ale kilka niedzielnych fotek pokażę







 Te nasze wycieczki na ogół są w takiej odległości od Wrocławia aby dojazd nie zajmował więcej niż godzinę. Ciągle odkrywamy coś nowego a ciągle jeszcze więcej przed nami niż za nami.