Bardzo proszę
się nie przerażać, będą tylko dwie, najwyżej trzy J części poświęcone temu
okresowi w historii Kambodży i świątyniom, które z tego okresu ocalały w
dżungli. Zbyt wiele jest do pokazania aby wszystko zamieścić w jednym poście.
Po przylocie do
Phnom Penh załatwiliśmy bilety na speed boat do Siem Reap na dzień następny,
padliśmy na pysk po dobie w podróży i śniliśmy o tym co zobaczymy w Angkorze.
Wybór łodzi
zamiast autobusu był dobrym wyborem. Świat od strony wody wygląda inaczej i
można spojrzeć na inny rodzaj życia – wioski na wodzie (ich mieszkańcy czasem
miesiącami lub latami nie schodzą na ląd, choć niekoniecznie w przypadku wiosek na rzece).
W Siem Reap
zamieszkaliśmy w cudownym hotelu, gdzie każdy gość czuje się wyjątkowo
dopieszczony. Mieliśmy dzięki temu dokąd z przyjemnością wracać po trudach
wędrówek po kolejnych i kolejnych i jeszcze kolejnych świątyniach J
Zwiedzanie
zajęło nam 3 dni i gdyby nie napięty plan to spokojnie moglibyśmy spędzić
jeszcze kilka na szwendaniu się po pozostałościach Imperium Angkoru.
Ale zanim
napiszę co podobało się bardzo, co mniej dosłownie kilka informacji o samym
Angkorze .
Angkor czyli Imperium Angkoru to nazwa państwa Khmerów
istniejącego od 802 do 1432 roku. Jak spróbujemy sobie przypomnieć co w tym
czasie działo się u nas zrozumiemy bardzo szybko, że nasza państwowość i rozwój
były w powijakach w porównaniu z ówczesną Kambodżą. Teren na którym rozsiane są
pozostałości miast i świątyń ma powierzchnię ponad 400 km2.
Cytując Jacka Pałkiewicza „Pełny przepychu, tętniący życiem
Angkor przewyższał rozmiarami ówczesny Rzym i liczył około miliona mieszkańców,
podczas gdy w Paryżu mieszkało 250 tysięcy, w Krakowie zaś niespełna 20 tysięcy
mieszkańców”
Początkowo świątynie i miasta budowane były z suszonej w
słońcu cegły, niestety materiał ten nie jest zbyt trwały. Spowodowało to, że
najstarsze ruiny są w najgorszym stanie, ale i tak wzbudzają podziw.
Późniejszym budulcem był kamień. Jednak czego nie zrobił
wiatr i woda dokonał zielony żywioł – dżungla. na każdym kroku widać jej niszczycielką działalność.
Kiedy Imperium upadło pozostałości Angkoru popadły w
zapomnienie. Dopiero druga połowa XIX wieku przyniosła odkrycie tych skarbów.
Wielkim szczęściem było to, że mimo przeróżnej niszczycielskiej działalności
Czerwonych Khmerów oszczędzili zagubione w dżungli świątynie i miasta.
To tyle zanudzania historią i szczątkami faktów, pora na
moje wrażenia – uprzedzałam, że będzie subiektywnie do bólu.
Zwiedzanie rozpoczęliśmy sztampowo, nie zgodnie z
chronologią a od Angkor Wat (z początku XII w.). Moje nastawienie było mocno
sceptyczne. Bałam się, że akurat to miejsce jest mocno przereklamowane i
zadeptane przez dzikie tłumy, a tłumy to coś czego absolutnie nie trawię.
Oczywiście z góry założyliśmy, że nie zamierzamy w tłumie
czekać na wschód słońca i focić cudownych widoków. Moja zła natura działa w
takich chwilach z siła buldożera.
Jakże miłe było zaskoczenie, kiedy dotarliśmy na miejsce.
Potęga tego miejsca faktycznie robi ogromne wrażenie (ok. 203 ha powierzchni),
ludzi dużo, ale zwiedzanie mimo wszystko komfortowe. Nikt nikomu po piętach nie
depcze, a odrobina cierpliwości (ja jej nie mam) pozwalała na robienie zdjęć
bez ludzi. Spędziliśmy tam kilka godzin włócząc się po terenie świątyni –
mieście po swojemu. To coś wspaniałego, kiedy nie ma wytyczonych ścieżek
wędrówki, nie ma określonego kierunku zwiedzania a odwiedzający mogą delektować
się widokami w swoim tempie (no może poza schodami).
Z Angkor Wat ruszamy naszym tuk tukiem dalej, do Angkor Thom ze świątynią uchodzącą za najpiękniejszą czyli Bajon.
Ale o tym czy dla nas była to najpiękniejsza świątynia napiszę następnym razem.

